Furca.org

Rozważania – II Niedziela Adwentu 2025 r.

Wielokrotnie kusi nas szukanie modlitw i miejsc o „wyjątkowej skuteczności”. Często dajemy się nawet skusić temu, co choć w realizacji wymagające, gwarantują nam otrzymanie owocu. Ileż to razy słyszeliśmy albo i nawet sięgaliśmy po nowennę, dzięki której dzieją się cuda. Może nawet szukaliśmy takich cudownych rekolekcji, które w końcu zmieniłyby nasze życie. A może po prostu jesteśmy zmęczeni kolejnym adwentem, który upływa nam pod hasłem „Dużo krzyku, mało wełny – powiedział diabeł strzygąc kota”. Bo i rzeczywiście jakieś postanowienia były, była i walka duchowa, ale trwałych efektów tych wszystkich zmagań próżno szukać. Do tych wszystkich poszukujących i rezygnujących zwraca się w dzisiejszej Ewangelii św. Jan Chrzciciel z gotową drogą do sukcesu. On sam w słowach „Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem?” zaświadcza, że to droga przystępna nawet dla najbardziej zdeprawowanych (reprezentantów plemienia żmijowego) i skuteczna dla każdego, kto ją przemierzy (kto wam pokazał, jak uciec). Ta cudownie skuteczna droga składa się z trzech etapów.

Etap I: bądź odbiorcą „z pustyni”

W starożytności pustynia nie była miejscem dla tych, którzy ze wszystkim dawali sobie świetnie radę. W czasach Jezusa na pustynię uciekali Ci, którzy chcieli uciec chociażby od długiej ręki aparatu władzy, bo nie stać ich było na płacenie podatków, albo też weszli w konflikt z prawem. Tutaj nikt nie zapuszczał się w nagrodę, lecz raczej z konieczności. Ot tak po prostu potoczyło mu się życie. Troszeczkę później, na pustyni rozwijają się początki życia mniszego – Boży szaleńcy wychodzą na pustynię, by tam być jeszcze bliżej Pana Boga. Jednak sami zaznaczają, że to nie przez własną siłę wychodzą żyć na pustynię, ale przez słabość. Jeśli chcemy dobrze przeżyć adwent, to my także powinniśmy się uznać za ludzi „z pustyni”, ludzi słabych, których życie „wyrzuciło na ląd” w takich, nie innych okolicznościach i którzy rzeczywiście nie poradzą sobie ze znalezieniem szczęścia bez tego, Kto ma przyjść. W końcu Adventus to z łacińskiego przyjście, a nie oczekiwanie. Tymczasem w naszych głowach to właśnie adwentowe oczekiwanie zastąpiło adwentowe przyjście. „Panie Jezu, oto w czasie adwentu wszystko uporządkuję w swoim życiu tak, żeby ono było gotowe na Twoje przyjście, żebyś mógł przyjść na gotowe”. A tu – guzik. Bo to właśnie On przychodzi, by nasze życie uporządkować, a nie poklepać nas po plecach w geście uznania jak pięknie sami, bez niego, daliśmy sobie radę. Warto przypomnieć, że papież Franciszek wielokrotnie ostrzegał nas przed nową formą pelagianizmu – życiem jakby wszystko zależało od naszej organizacji, planów i wysiłków (por. Evangelii Gaudium, 94-95)

Etap II: poddaj się wodzie

To, co na polski zostało przetłumaczone jako „chrzest” – w kontekście dzisiejszej Ewangelii to chrzest w wodzie i chrzest Duchem Świętym – w greckim oryginale stoi jako baptidzma, co w pierwszej kolejności po prostu oznacza zanurzenie. Każdy czas adwentu podobny jest trochę do nauki pływania. Najtrudniejszą rzeczą w tej sztuce jest chyba zrozumienie, że woda nie jest naszym wrogiem, ale sprzymierzeńcem i gdy w końcu przestaniemy daremnie machać rękami i nogami, lecz zachowamy spokój, to nie zatoniemy, ale zaczniemy unosić się na powierzchni. Podobnie i w życiu duchowym chyba najtrudniejszym etapem jest zrozumienie, nie tylko na poziomie prawdy intelektualnej, ale całkowicie, że Pan Bóg nie jest naszym wrogiem, ale sprzymierzeńcem. I gdy przestaniemy miotać się jak szaleni starając się przyjąć go „na gotowe” i spokojnie poddamy się „wodzie chrztu”, to On nas utrzyma na powierzchni Swoją siłą. Co to znaczy poddać się spokojnie wodzie chrztu? Znaczy to ni mniej ni więcej tyle co przyjmować to, do czego ona nam drogę otworzyła – Boże Słowo, sakramenty, wspólnota Kościoła. Uwierz, że on dał Ci to wszystko nie po to, żeby Ci zaszkodzić, ale żeby Cię uratować. Nie miotaj się już szukając rekolekcji z prorokowaniem, ale uwierz, że to „wyjątkowe, przemieniające Słowo dla Twojego życia” jest czytane w dzisiejszej liturgii. Nie miotaj się szukając wyjątkowego dotknięcia ze strony Pana Boga, ale staraj się jak całym sobą przylgnąć do sakramentów – szczególnie Pokuty i Eucharystii. Bo im bardziej do nich przylgniesz, im bardziej cały będziesz do nich „przystawał”, tym bardziej będą Cię trzymały na powierzchni – tak jak całościowe przylgnięcie do płaszczyzny wody gwarantuje nam skuteczne unoszenie się na niej. Nie miotaj się szukając wyjątkowego czasu z Bogiem – on sprawił, że wszystko co potrzebne, masz w zasięgu ręki – we wspólnocie parafialnej, diecezjalnej, we wspólnocie Kościoła. Od codziennej Eucharystii, częstej spowiedzi i czasu na adorację, po rekolekcje, dni skupienia, rozwój swojej duchowości w bardzo konkretnym kierunku.

Etap III: wynurz się inny, choć w tym samym miejscu

Ci, którzy odchodzili od Jana, nie byli ludźmi, którzy odchodzili do innej rzeczywistości. W większości powracali do swojej codzienności, ale już nie jako Ci sami ludzie. Przychodzą jako ludzie pełni ducha, z inną wrażliwością. Dla tych, którzy siłę do unoszenia się na powierzchni biorą z Pana Boga, a nie z własnych, wyszukanych zabiegów świat, który ich otacza, nie jest już złem koniecznym. Patrzą oni teraz na niego jako na miejsce, gdzie pełno jest okazji by „święty się jeszcze uświęcił” (por. Ap 22, 11). Podobnie też powie Abba Mojżesz jednemu z braci, który przyszedł do niego po duchową poradę. W odpowiedzi usłyszał „Idź, usiądź w swojej celi, a cela Cię wszystkiego nauczy.” Janowe wezwanie „nawracajcie się”, z dzisiejszej Ewangelii, nie dotyczy w pierwszej kolejności zmiany otoczenia, działania, postępowania. W Janowych ustach wybrzmiewa metanoite, co znaczy dosłownie – zmieniajcie myślenie. Zobaczmy jak bardzo przemienione myślenie mieli święci, których tak bardzo podziwiamy – z chwil zwyczajnych, codziennych trudów i radości, składali piękne hymny, którymi chwalili Pana Boga. Z cierpień doświadczanych od innych składali ofiarę za ich nawrócenie. W okolicznościach, które wyprowadzają z równowagi – widzieli palec Boży pokazujący nad czym jeszcze trzeba popracować. Takie podejście do rzeczywistości sprawi, że nie trzeba nam będzie wysilać się nad myśleniem co zrobić podczas adwentu tego roku, bo nie piłem już w tamtym roku. Może znowu nie jeść słodyczy? Też już było. Tymczasem jeden dzień w pracy z otwartym na Boga sercem może nam pokazać, że, w tym roku, muszę popracować nad tym, by nie jeść jeden drugiego.

Tak wygląda trzyetapowa droga o niezwykłej skuteczności, do której pokonywania zaprasza nas dziś św. Jan Chrzciciel. Wejdźmy na nią śmiało pamiętając, że na niej Pan Bóg nie jest naszym wrogiem, ale sprzymierzeńcem. W końcu narodzi się nam Zbawiciel, a nie Starszy Inspektor. Zachęcajmy do tej drogi też i innych. Jak? Kiedyś znajomy ksiądz zapisał na skrawku papieru: „Tak niewiele trzeba, aby było dobrze – potrzeba odrobinę życzliwości.” Może rzeczywiście tak wiele może zmienić się od tej odrobiny. Włóżmy ją w każdy dzień naszego adwentu – odrobinę życzliwości ku Panu Bogu na kolejnym etapie drogi oraz odrobinę życzliwości do bliźniego. I będzie dobrze.

Opracował: ks. Robert Osiecki